Po twojej ostatniej "sprawie", o której nie chcesz opowiadać, została ci tylko blizna na tyłku. Przypomina o tym żeby nie ładować swoich czterech liter między strzelającego z kałacha gościa a innego który ukradł mu kilka tysięcy w białym proszku.
Teraz wiesz jak się to kończy. Pożytek z tej sytuacji jest jeden, możesz na spokojnie przemyśleć ostatnie wydarzenia i to nie tylko związane z pracą.
Przechodząc na drugą stronę ulicy myślisz tylko o tym aby żaden ofensywnie jadący kierowca nie wjechał w twój zraniony zad. Myślisz tak bo wiesz jakie życie jest cenne. Mogłaś uniknąć wielu sytuacji w których twoje życie wisiało na włosku ale nie... ty wolałaś pokazać kim tak naprawdę jest Jessica Storm.
Nagle na chodniku zauważasz leżący biały kartonik. Normalnie byś go olała tyle że on świeci! Błyszczy się! I nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt że nie pada na niego żadne światło. Ani słońce ani latarnia. Więc dlaczego świeci?
Podnosisz go ale chyba przykleił się do płyty chodnikowej. Próbujesz go oderwać w miarę szybko bo obok ciebie przechodzi wiele ludzi którzy nie patrzą pod nogi. I nim zdążyłaś o tym pomyśleć jeden z przechodniów trąca cię i padasz... prosto na obolały tyłek. Jesteś zła na siebie... na tego głupka... ale przede wszystkim na ta głupia karteczkę która teraz leży w twojej dłoni. Chcesz ja odczytać ale przed oczami wyrasta ci dłoń. Bez namysłu ją łapiesz i ktoś pomaga ci wstać.
Przed tobą stoi wysoki postawny mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze. Jego twarz promienieje a oczy wyglądają jak wyjęte z ognia dwa rozżarzone węgle.
Przeszywa cię dreszcz.
Kiedy tylko jesteś w stanie odwrócić wzrok od jego diabelskiego uśmiechu cofasz rękę z uścisku i otrzepujesz spodnie z ulicznego kurzu.
-Dziękuje! - wypowiadasz to słowo bardzo starannie. - Istnieje jednak w tym mieście jakiś gentelman.
- Kochana. Jestem do twoich usług. - znów ten uśmiech. Jest zabójczy.
- Z pewnością. Jeszcze raz dziękuje. - mijasz mężczyznę i przypominasz sobie o karteczce w twojej dłoni. Zaczynasz czytać. "Lucyfer Morningstar" dziwne nazwisko ale czytasz dalej. " "Lux" klub nocny - CZEGO PRAGNIESZ?". Pierwsze słyszysz o takim klubie w L.A.. Nie wiesz dlaczego ale odwracasz się i wołasz za nieznajomym. - Hej! - mężczyzna odwraca się. Robi to z niesamowitą gracją, jakby tańczył. - Znasz może... - wracasz do czytania wizytówki - ... Morningstar... Lucyfer 'a Morningstar?- nieznajomy podchodzi do ciebie.
- Dlaczego pytasz o Pana Morningstar? - jego wzrok przeszywa ci ciało. Wiesz że gdybyś chciała skłamać nie mogłabyś.
- Znalazłam coś co należy do niego. - wskazujesz na wizytówkę. - Znasz go?
- Chodź! Zaprowadzę cię do niego. - mężczyzna łapię twoją dłoń i ciągnie za sobą. Ty natomiast zamiast zaprotestować, milczysz. Nie jesteś w stanie sklecić jednego zdania bo... no właśnie bo? Co jest w tym facecie? Nie jesteś "taką" dziewczyną! Nie ślinisz się na widok przystojniaka w garniturze dolce & gabbana. Właściwie mało takich znasz.... ale to nie zmienia faktu ze nie robisz tego. Gdy docieracie na miejsce czeka cię kolejna niespodzianka. Winda. Nienawidzisz wind. Źle na ciebie działają. Ale przecież nie przyznasz się ze się boisz wiec wsiadasz do niej i modlisz się żeby nie spadła w dół z tobą w środku albo żeby nie zatrzymała się miedzy piętrami. Twój towarzysz czuje twój strach.
- Boisz się? - pyta jakby podniecony tym faktem.
- Nie - odpowiadasz krótko.
Upragniony czas nadszedł. W końca wysiadacie z windy i gentelman którego poznałaś kilkanaście minut temu zmienia się w gbura który wyprzedza cię w drzwiach windy. Chyba za dobrze go oceniłaś. Wychodzisz za nim a kiedy stajesz przy balustradzie twoim oczom ukazuje się wielki klub wypełniony ludźmi po brzegi. Nagle muzyka milknie i na środek pada reflektor pozycyjny. Oświetla fortepian przy którym siedzi twój nowo poznany "Ktoś" i zaczyna grać. Gra twoją ulubioną melodie ale to nie wszystko. Gra i śpiewa. Powoli schodzisz ze schodów zasłuchana w melodie płynącą z czarnego instrumentu i chcesz wiedzieć kim jest ten tajemniczy gość. Podchodzisz na tyle blisko aby zadać mu to jedno właściwe pytanie.
Nagle w głośnikach odzywa się kobiecy głos. "Panie , Panowie, Lucyfer Morningstar" Wszyscy zaczynają bić brawo a ty stoisz jak wryta i zastanawiasz się jak mogłaś się tak dać nabrać. Idiotka. Nie dasz mu jednak tej satysfakcji i podchodzisz bliżej.
- A wiec to ty?
- Ja.- wyciąga do ciebie dłoń - Lucyfer Morningstar. Miło mi. A ty?
- Ja...- wahasz się czy powiedzieć mu swoje imię. - Ja... Ja chciałam to tylko oddać. - wręczasz mu wizytówkę i odchodzisz. Przez ramię zrzucasz jeszcze.. - Ładnie się świeci.
Idiotka. Idiotka. Jak dałaś się tak wkręcić. Przecież to twoja praca. Prześwietlać ludzi. Wiedzieć kiedy kłamią. Musisz to umieć... inaczej jesteś nikim. Inaczej twoja praca nie ma sensu. Teraz czas żeby się skupić.
Ktoś cię woła!
Chwile! Ten głos czy to nie... odwracasz się a w twoja stronę biegnie nie kto inny a Lucyfer Morningstar.
- Zaczekaj na mnie. - prosi
- Po co?
- Chcę poznać twoje imię! - Że jak? Po co mu moje imię?
- A czy to ważne ???
- Chce wiedze kto zdołał dotknąć mojej... wizytówki nie robiąc sobie przy tym krzywdy?
- Bo wizytówka to taki niebezpieczny przedmiot. - drwisz z niego ale mu nie jest do śmiechu. - Nazywam się Jessica Storm.
- Jessico Storm miło cię poznać. Czym jesteś?
- Słucham? - co to za pytanie "Czym jesteś?" - Chyba Kim? Nie czym!
- Jesteś aniołem? Demonem? Kto cię tu przysłał? - nie wygląda już tak uroczo jak wcześniej. Wkurzył się.
- Jestem Człowiekiem. Istotą ludzką- tłumacze jak komuś choremu umysłowo ale co mi tam ... - O co ci chodzi?
- Ja jestem Lucyfer? - krzyczy. - Diabeł wcielony. Kim jesteś? Jak zdołałaś dotknąć tego?
Nie wiesz o co mu chodzi w końcu to tylko głupi kawałeczek papieru. On musi być jakiś nienormalny. Anioły, demony? Co to jakieś mamy cię?
-Błagam cię odpuść sobie... Oddałam ci twoją własność więc się nią ciesz. A teraz spieszę się do pracy. - oczywiście kłamiesz ale tylko po to aby się ulotnić.
Ta sytuacja jest jak najgorszy bumerang. Upierdliwie wraca do ciebie co noc. I mimo iż od kilku tygodni nawet nie słyszałaś wzmianki o Panu Morningstar a jednak cały czas myślisz o nim. Dlaczego cię okłamał? Dlaczego chciał wiedzieć kim jesteś? Co miał na myśli mówiąc "Czym jesteś?". Nie możesz przez to pracować. Nawet twój szef zauważył ze twój spadek skuteczności zaczął przynosić szkody. Musisz coś z tym zrobić. Po skończonym dniu, oczywiście tylko teoretycznie, bo praktycznie zabierasz robotę do domu, masz zamiar wstąpić do "LUX".
Wchodząc do sali widzisz ze mimo późnej godziny nikogo nie ma. No nie do końca bo Pan Lucyfer Morningstar siedzi i sączy whisky.
- Dziś nieczynne!. - krzyczy gdy schodzisz po schodach.
- I dobrze. Będziemy mogli na spokojnie porozmawiać.- Odwraca się do ciebie a ty stajesz jak wryta. Czy to strach czy te jego diabelskie spojrzenie ale nie możesz się ruszyć.
- Zapraszam. - uśmiecha się. Gdy docierają do ciebie te słowa twoje ciało odblokowuje się i ruszasz do baru gdzie Pan Morningstar już nalewa ci do szklanki alkohol.
- Niestety nie pije. - odmawiasz bo wiesz co robisz po jednym kieliszku a nie daj Bóg wypijesz więcej. - Niech mi pan powie o co chodzi z tą wizytówką? Zareagował Pan jakbym zabrała panu najlepiej strzeżonego Rolex 'a?
- Na początek mów mi Lucyfer. - stara się mnie rozproszyć swoim zabójczym wyrazem twarzy w stylu " Mogę mieć każdą" ale się przeliczy. Nie odpuścisz. Z całych sił starasz się odwrócić swoją uwagę od jego demonicznie pociągających ust wygiętych w pół uśmiechu.
-Więc Lucyfer powiedz mi co miałeś na myśli mówiąc mi ze jestem aniołem, demonem i kto mnie przysłał? - Jego wyraz twarzy zmienia się znów na ten ponury.
- Ta wizytówka nie wpada w ludzkie ręce! Nie może jej dotknąć nikt kto nie jest godny. - "Godny"? czy on się słyszy. Plecie trzy po trzy jak jakiś kaznodzieja. - Jeśli nie jesteś niczym wyższym od człowieka to dlaczego udało ci się przeżyć dotkniecie tej...- wstrzymuje się mimo wzburzenia i wychodzi. Zostawia cię samą w pustym klubie... bez odpowiedzi.
Po kilku minutach i ty wychodzisz. Przed klubem zebrała się już grupka ludzi a za rogiem niedaleko mojego wozu o ścianę nonszalancko opiera się on... Pan Morningstar. Rzucając mu pełne rezygnacji spojrzenie wsiadasz do auta i odjeżdżasz.
To Be Continued...
Mam nadzieję ze się spodoba :)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz