wtorek, 13 czerwca 2017

"Pan Morningstar" #6

C.D.



Znalazłaś wiele ciekawych rzeczy w tych książkach. Nie byłaś nawet w połowie świadoma jak to wszystko się zaczęło. Cała historia Bóg, aniołowie, Lucyfer… to wszystko stało się naprawdę. Coraz mocniej upewniasz się że to wszystko prawda . Ale jak masz w to wszystko wpasować siebie? Zwykłego śmiertelnika. Wciąż czujesz strach, jednak Lucyfer jest jedyna osobą która może ci wyjaśnić to czego nie rozumiesz. Właśnie umówiłaś się z nim w kawiarni na rogu. Nie chcesz iść do jego klubu a tym bardziej zapraszać go do siebie.

 

 

Czekasz na niego już dobra pół godziny. Chyba cię wystawił? Czekasz cierpliwie mimo tego ze nienawidzisz spóźnień. Tym razem masz dobry powód. W końcu na horyzoncie pojawia się… Przystojny, elegancki Pan Morningstar. Gdy tylko jesteś w zasięgu jego wzroku nie spuszcza go z ciebie. Wszystko wydaje się jakby w zwolnionym tępię. Jak na tych filmach kiedy dwoje kochanków dostrzega siebie w oddali i zaczynają do siebie biedź. Ale wy nie jesteście kochankami skąd to dziwne napięcie….

-Witam Agentko Storm. – wesoły jak skowronek. Tobie nie jest tak wesoło. Czujesz się skrępowana w jego obecności. Naprzeciw ciebie siedzi…DIABEŁ! Twoja podświadomość wręcz krzyczy „UCIEKAJ”.

- Witam!. – mówisz najszybciej jak się da. – Panie…

- Oj. Nie wracajmy do tych formalnych zwrotów… Wiesz jak mam na imię.

-Ta. Lucyferze, czytałam trochę o tobie i twoim ojcu…

-Oficjalne źródła kłamią. – przerywa ci.

-Domyślam się że nie napisano tam całej prawdy. Dlatego zadzwoniłam. Chcę poznać twoja wersję.

- Moją wersję… dobrze- wydaje się zaskoczony ale poprawia się na krześle i zaczyna. Przez kilkanaście minut opowiedziała ci całe swoje życie ale nie usłyszałaś najważniejszego. -… Potem ojciec zesłał mnie do piekła i tak to wyglądało…

- Twój ojciec zesłał cię do piekła czy kimś się wyręczył? – znów zaskakujesz Pana Morningstar.

- Tak posłużył się… - Nagle wstaje. –Chodź..

- Dokąd?

- Nie opowiem ci tego bez odpowiedniej pomocy.

 


Lucyfer zabiera cię do jakiegoś domu. Szybko jednak wyjaśnia ci ze to dom jakiegoś kolekcjonera sztuki który jest mu winny ogromną przysługę. Mówi też że w środku jest coś co wyjaśni ci wszystko. Do już od wejścia wygląda jak muzeum, co rusz jakieś obrazy, rzeźby. Właściciel naprawdę musi mieć fioła na punkcie sztuki. Lucyfer zabiera cię na piętro gdzie, jak twierdzi jest odpowiedz do moich pytań. Ty jednak masz wrażenie że to jakaś gra. Otwiera przed tobą drzwi do ciemnego pokoju. Na ścianie naprzeciw wejścia wisi obraz. Widać go tylko dlatego że pali się przy nim kilka świeczek. Podchodzisz bliżej. Na płótnie namalowana jest scena którą wyobrażałaś sobie gdy czytałaś jak strącono Lucyfera do piekła, ale to co widzisz jest dużo bardziej brutalne i emocjonalne.

 


-Tak to właśnie wyglądało. Może nie do końca w końcu ja nie mam ogona.. przynajmniej nie takiego, niemniej mój brat był bardzo oddany ojcu i zrobił co musiał. – zerkasz na towarzysza. Wydaje się być zasmucony, nie dlatego że sobie przypomina całe to zajście. On żałuje i współczuje swojemu bratu…

- Twój brat nie chciał tego robić?

- Nasz ojciec jest bardzo przekonujący. Gdy wysłał mnie do piekła abym karał złych przeciwstawiłem mu się. Nie miał prawa odsyłać mnie… syna którego podobno kochał nad życie. Nikt oprócz mnie jednak nie umiał powiedzieć mu „NIE” wiec zostałem sam. Postanowiłem zebrać jednak kilku poddanych ojca ze sobą. Wtedy wywiązała się bójka. – mówi o tym tak spokojnie jakby to naprawdę była bójka braterska. Nagle zza pleców dobiega cię czyjś głos.

 


- Co tutaj się dzieje? – krzyczy jakiś mężczyzna. – Co wy… Pan Morningstar. Myślałem… Przepraszam. –jąka się. Potem zamienił z Lucyferem kilka słów i znika. Ciekawe czy zastraszył go czy zrobił mu jakieś szybkie pranie mózgu. Gdy jednak wraca do ciebie ma zupełnie inny nastrój.

- O czym to ja mówiłem. – zaczyna wesoło. – A no tak… Mój brat stanął po przeciwnej stronie a że był swego rodzaju żołnierzem tatusia poprowadził przeciwko mnie swoje zastępy anielskie i w efekcie zepchnął mnie w otchłań piekła.

- Ale nie winisz go za to. – Wciąż nie możesz rozgryźć co Morningstar czuje do swojego brata.

-Nie. Nie mniej niż innych moich braci ale Michael… - w monecie gdy tylko Lucyfer wypowiada to imię ty czujesz jak spadasz w bardzo jasne światło. Potem widzisz wszystko tak jakbyś wyszła z swojego ciała. Z twoich oczu wydobywa się jaskrawe białe światło które oślepia Lucyfera. Czujesz tą moc i potęgę jaka ogarnia twoje ciało.

 


Nagle wszystko znika i wracasz do siebie. Otwierasz oczy i widzisz przerażoną twarz diabła. Nie czujesz się najlepiej. Cała siła odeszła została słabość, mdłości i zawroty głowy. Mimo tego chcesz się dowiedzieć czegoś jeszcze co pomoże ci zrozumieć.

- Co zrobił… ON… zanim strącił cię do piekła?- zadajesz to pytanie ostatkiem sił i oczekujesz szybkiej odpowiedzi zanim przestaniesz funkcjonować.

- M.. Mój brat miał miecz który mógł mnie zabić, miał też na to pozwolenie ojca. Jednak nie zrobił tego, zesłał mnie do piekła myśląc że to będzie dla mnie lepsze. Nie chciał być tym który mnie zabije. To rozgniewało ojca i ten odbierając mu miecz zesłał go na ziemię.

 
 
 
C.D.N.

"Pan Morningstar" #5

C.D.
 
 



Wracasz do domu. Wciąż nie możesz uwierzyć w to co przeczytałaś. To jakaś pomyłka. Takie rzeczy nie istnieją. Przynajmniej nie dla ciebie. Jesteś agnostyczka ale to nie zmienia faktu ze takie rzeczy nie istnieją…. Siadasz na fotelu wciąż wałkując w głowie jeden fragment który czytałaś sto razy aby upewnić się że niczego nie przekręciłaś. Nagle nie do końca świadoma podbiegasz do drzwi i zamykasz je na oba zamki. Nigdy tego nie robiłaś ale dziś musisz, żeby choć odrobine poczuć się bezpiecznie.

 

Przypominasz sobie wszystko co przydarzyło ci się przez ostatnie tygodnie. Każde zdanie Lucyfera, Amenadiel ’a, to co mówiła ta barmanka te sny… To wszystko wydaje się mieć teraz sens. Siadasz na fotelu, obok ciebie na stoliku leży twoja broń. Ktoś dzwoni ale nie odbierasz. Chcesz się ukryć aby nikt nie mógł cię znaleźć. Jednak wiesz że jeśli to wszystko jest prawdą i tak się nie ukryjesz…
 
 

 



Ktoś puka do drzwi. Przestraszona sięgasz po broń. Dostałaś ją od ojca gdy powiedziałaś ze dostałaś się do akademii. Nie był jak inni ojcowie… nie odradzał ci pójścia w tą stronę, był wręcz szczęśliwy że jego córeczka chce służyć obywatelom jego ukochanej ameryki. Gdyby nie to co stało się z twoim bratem pewnie byłabyś architektem. Ale nie jesteś i dobrze ci z tym. Znów ktoś puka. Serce podchodzi ci do gardła. Jeszcze raz puka i łapie za klamkę. Jesteś odrobine spokojniejsza bo wiesz że drzwi są zaryglowane. Doznajesz szoku kiedy widzisz  jak wolno się otwierają. Przecież je zamykałaś… jak to możliwe??? Spinasz się i celujesz w drzwi. Zza nich wyłania się postać Lucyfera.
 
 
 


 



-Jess co robisz z tym pistoletem? – pyta tym swoim seksownym akcentem. Nie odpowiadasz, boisz się odezwać, w zasadzie nie wiesz co powinnaś powiedzieć. – Jessica, czy wszystko w porządku? – Czy on się martwi? Nie wydaje ci się. Jeśli naprawdę jest…

-Czyściłam ją. – dukasz prawie szeptem. – Jak.. Jak tu wszedłeś? – dodajesz odważnie. –z resztą nie ważne. Mogę ci zadać inne pytanie?

- Oczywiście.

- Masz brata? – dlaczego właśnie to pytanie? Przecież masz tyle innych.

-Mam wielu braci.

-Czy któryś ma na imię Amenadiel ? –Lucyfer posępnieje.

-Skąd znasz to imię? –Tak. Teraz masz pewność. To wszystko jest prawdą… przynajmniej ta przyziemna część tego co czytałaś.

-Po twojej reakcji wnioskuje ze tak. Poznałam go dziś… wskazał mi mordercę

-Dlaczego przyszedł właśnie do ciebie? – jego podejrzliwości pewnie ma związek z jego obsesją na twoim punkcie, co wcale nie poprawia ci nastroju.

- Prowadziłam tą sprawę więc to chyba nie dziwne???
 
 

 

 



-Oczywiście że nie.- rehabilituje się i wraca do swojej dotychczasowej postawy seksownego aroganckiego właściciela klubu.

 

- Właśnie, ale dziwna jest jego prośba.

 

-Jaka prośba?

 

-W zamian za informacje oczekuje że pomogę mu wtrącić cię z powrotem do piekła. – wyznajesz i czekasz na reakcję gościa. Ten chwilę ci się przygląda i znów zmienia swój nastrój.

 

-Ty już wiesz. –„O cholera” myślisz. Przejrzał cię. Tracisz powoli spokój na którym ledwo już panowałaś. Zaciskasz dłoń na broni wycelowanej w podłogę.

 

-Wiem. – przyznajesz.
 



 

 



Czekasz na jakiś jego ruch ale nic na to nie wskazuje. Nie zamierza cię atakować lub w inny sposób skrzywdzić. Gapi się tylko na ciebie jakby oczekiwał dalszego ciągu twojej wypowiedzi.

-Skoro ty wiesz. To może i ja się w końcu dowiem…Czym jesteś?

- Więc to prawda? –pytasz – Jesteś… diabłem. Ale jak?

- Normalnie. Postanowiłem wyjść z piekła i zrobić sobie urlop…

-Nie o to pytam. – wrzeszczysz. – Jak to możliwe że istniejesz. Ty… jesteś jak duch w szafie… straszy się tobą dzieci… ty nie istniejesz. –pleciesz trzy po trzy ale to wszystko, jego aprobata na twoje domysły…

-Jestem całkiem prawdziwy. – odpowiada.

- A twój brat… on…

- Jest aniołem jak ja. Tyle że on wciąż jest potulnym sługusem naszego ojca.

- Ojca? Znaczy Boga?

- Tak. – Okay. Przyjmujesz do wiadomości. Przed tobą stoi Lucyfer, diabeł. Spotkałaś anioła, jego brat. To też już jakoś ogarniasz ale jeszcze jedno nie daje ci spokoju.

- Jeszcze jedno. Kim jest Michael?
 


 

 



 

-Michael. To nasz brat. Skąd pytanie o… Jego też widziałaś? – znów wyczuwasz niepokój płynący od… diabła…

 

- Nie –wyjaśniasz.- Twój brat, Amenadiel, krzykną to imię kiedy chciałam odejść. – Lucyfer zaczyna zbliżać się do ciebie. Ty stoisz jak wryta. Patrzy ci głęboko w oczy.

 

- Zdejmij bluzkę. –rzuca nagle. Że jak? Otrząsasz się z tej chwilowej katatonii. Jesteś zbulwersowana jego prośbą.

 

- Nie!-krzyczysz.

 

-Zrób to. Chce zobaczyć twoje plecy.

 

-Po co ci to? Nie mam blizn jak ty.

 

-Skąd wiesz o moich bliznach.- Ups. Wysypałaś się. Teraz już musisz powiedzieć prawdę.

 

- Czytałam twoją teczkę u doktor Martin.- jest ci niezmiernie głupio ale co miałaś zrobić. –Włamałam się do niej i przeczytałam wszystko co o tobie napisała. – Lucyfer parzy na ciebie z dziwnym uśmieszkiem a ty wiesz o co chodzi. – Tak o waszym romansie też napisała. Z resztą to był najbardziej obrzydliwa część jaką tam znalazłam.

 

-O takich cudach się nie czyta tylko się je robi. – wyznaje dumny z siebie.
 





Lucyfer opuścił twój dom tylko dlatego ze nie chciałaś powiedzieć nic więcej o tym co przeczytałaś w jego teczce. Oczywiście interesowały go tylko pikantne szczegóły z doktor Lindą. Ciebie jednak zaciekawił fragment o policjantce którą Lucyfer jak to ujęła doktor „Darzył uczuciem”. Tylko że on nie chciał o tym mówić. Czyżby diabeł był podatny na ziemskie emocje takie jak miłość?? Nie dowiesz się tego. Za to chętnie dowiesz się co miał na myśli Amenadiel mówiąc do ciebie „Michael”. Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za czytanie.
 
 

 

C.D.N.

"Pan Morningstar" #4

C.D.
 

Czekasz i czekasz a nieznajomy milczy. Czego się spodziewałaś? Że naprawdę coś wie? Że przyprowadzi ci winnego prosto do celi,  zakutego w kajdanki, z podpisanymi zeznaniami? Pobożne życzenia. Kiedy już masz się wycofać nieznajomy łapie twoją rękę. W tej właśnie chwili przed oczami staje ci obraz jakiejś bójki…  bitwy? Nie wiesz jak to nazwać. Stoisz z nieznajomy ramię w ramię w swojej dłoni masz miecz. Wielki i lśniący. Naprzeciw was jest kilkunastu innych typów i… mają skrzydła.  Odzyskujesz świadomość lecz wciąż jesteś w szoku. Co to było? Nieznajomy patrzy na ciebie jakby widział to samo co ty ale nie jest tym zaskoczony. Zaczynasz się bać. To przerasta twój światopogląd


- Sprawdź Natana, przyjaciela matki tej biednej dziewczyny. – mówi nagle i nim zdążysz znów spojrzeć na niego… znika.


 




Na posterunku Ella czeka przestępując z nogi na nogę obok twojego biurka.

- Jesteś w końcu. Dzwonie od godziny. – jest podekscytowana

- Co masz dla mnie?

-Dziewczyny nie zabito w tamtym domu. To jakaś maszyna ją rozerwała. Widzisz? – pokazuje ci zdjęcia – na niektórych widać ślady po linach. Trudno je było dostrzec bo powstały po śmierci.  – to przerażające, ale ty wciąż myślisz o swojej wizji i to pochłania cała twoją uwagę. Zabierasz jednak zdjęcia i notatki od Elli i jedziesz do mieszkania przyjaciela matki zabitej. Nie masz powodów go podejrzewać ale ten mężczyzna był taki pewny gdy mówił ci o nim… musisz to sprawdzić. Na miejscu nie musisz nawet się starać żeby znaleźć dowody. Mężczyzna właśnie kończy czyścił z krwi jakąś dużą maszynę w ogrodzie. Nie wiesz do czego służy,  ale na pewno nie do rozdrabniania ludzi. Natan nie zamierzał nawet ukrywać co zrobił. Powiedział ze dziewczyna chciała ujawnić ich romans a on nie mógł sobie na to pozwolić. On ją tylko popchną i to był „wypadek” jak sam powiedział. Ty jednak wiesz że większość takich morderstw to „wypadki” Wzywasz wsparcie i uznajesz sprawę za zamkniętą.

 


 

Wciąż myślisz o tej wizji dojeżdżając do domu. Na twoim podjeździe stoi czarnoskóry nieznajomy. Niespokojna wysiadasz i wiesz ze teraz twoja kolej. Wiadomość ze Natan zabił była prawdziwa więc umowa coś za coś jest aktualna.  Pewnie przyszedł zrealizować drugą część.

-Zanim powiesz co mam zrobić… zdradź mi swoje imię i skąd wiedziałeś kto to zrobił?

-Jestem Amenadiel. Widziałem co tam się stało. –wyznaje bez uczuć.

- Jak to? I nie zareagowałeś? – jesteś oburzona. Mogłabyś go zamknąć za to.

-Nie jestem tu aby powstrzymywać ludzi od grzechu.  Przybyłem aby nasz… mój brat wrócił tam gdzie jego miejsce.

-Nie obchodzi mnie to… - nie chcesz słuchać o rodzinnych dramatach. – Czego oczekujesz?

- Chcę żebyś odesłała Lucyfera do piekła.


 






Zaczynasz się śmiać. Nie wytrzymujesz i musisz. To jest naprawdę zabawne. Ludzie wokoło ciebie zwariowali czy to ty jesteś niedoinformowana? Widzisz że Amenadiel nie podziela twojego rozbawienia więc starasz się uspokoić.

-Przepraszam, ale wydaje mi się ze nie mam odpowiednich kompetencji. Może Bóg ci pomoże? Tam niedaleko jest kościół. – chcesz odejść ale ten znów łapie cię za rękę. Patrzy ci prosto w oczy jesteś jak w hipnozie. Nie możesz się ruszyć. Jak wtedy w „LUX”. Jesteś świadoma i wyczuwasz ze ten chce coś na tobie wymusić.

-Michael! – krzyczy i nagle odzyskujesz władze nad ciałem. Uciekasz do auta i odjeżdżasz.

Cała drżysz. To co stało się przed chwilą… nie to nie było prawdziwe. Nagle zdajesz sobie sprawę ze podjechałaś pod jedyne miejsce w którym nie chcesz być. „LUX”. Mimo wszystko wchodzisz do środka i pokonujesz windę która cię przeraza bo wierzysz że możesz uzyskać odpowiedz na swoje pytania właśnie w tym miejscu. Lokal jest pusty z chodzisz na dół z nadzieją ze znajdziesz Lucyfera. To on może ci wszystko wytłumaczyć. Za barem jednak zastajesz tylko jakąś kobietę. Chcesz kulturalnie zapytać o to czy zastałaś właściciela. Kobieta chyba nie jest w dobrym nastroju.

-Czego? – pyta wulgarnie.

-Ammm…szukam… Lucyfera. – dukasz.

-Nie ma go… a ty to kto?

-Nazywam się Jessica Storm.  Jestem…

- A to ty jesteś nową zagadką Lucyfera. Zastanawiałam się kogo tym razem ma za twór Boga… zawiodłam się. Znów miesza się w sprawy policji.

-Znów? – zastanawiasz się co ma na myśli.

-Już biegał za jedną taką… okazała się być podpuchą jego ojca… A ty czym jesteś?

-O co wam chodzi? Jestem Jess Storm, agentka specjalna Jessica Storm, człowiek. Co wam wszystkim dolega??? – zrezygnowana wychodzisz z klubu.

 
 


 




Wciąż nie wiesz co się dzieje wokoło ciebie? Nie masz szans na zadanie konkretnych pytań bo każdy ma cię za kogoś… znaczy za coś innego niż w rzeczywistości jesteś. Chyba znów zaczynasz wariować. Powinnaś zacząć znów odwiedzać doktor Martin. Tak to świetny pomysł i zrealizujesz go właśnie teraz. Do pani doktor nie musisz zbyt długo czekać. Jakiś pacjent odwołał jej wizytę wiec przyjmie cię od ręki.

-Witaj Jess. Dawno się nie widziałyśmy. – doktor jak zawsze sympatyczna.

-Dawno też nie miałam takich problemów. – wyznajesz i zaczynasz opowiadać o tym co ci się przydarzyło od feralnego dnia gdy poznałaś na ulicy przystojnego Pana Morningstar. – Czy to ma jakiś sens?

- Gdy się nad tym głęboko zastanowić…- doktor jest lekko zmieszana. Nie wie co powiedzieć ale szybko jej przechodzi i zaczyna swój naukowy wywód.  – Otóż Jess, to co się dzieje to przez twoje zamknięcie. Wciąż masz problem w ujawnieniu kim naprawdę jesteś. I gdy ktoś cię o to pyta masz mieszane uczucia.

- Ale ja wiem kim jestem. Tyle ze inni pytają mnie czym jestem? A to już mnie przeraża. I jeszcze ten Lucyfer.

-Co z nim?

-On pierwszy zapytał czym jestem. A ta jego barmanka mówiła coś o twoże Boga i nowej zagadce Lucyfera.

- Zagadce? - Doktor Linda ewidentnie coś wie? Musisz ją jakoś podpytać.

- Tak. Mówiła coś o jakiejś policjantce??? Pani coś wie?

-Niestety nie mogę ci niczego zdradzić… tajemnica zawodowa.

 
 


 
Oczywiście przyjmujesz do wiadomości bo z tyłu głowy masz już plan. Zamieniłaś z doktor Martin jeszcze kilka zdań a potem opuściłaś gabinet.  Nic ci nie dało spotkanie z nią oprócz jeszcze większych wątpliwości. Postanawiasz wrócić do domu. Tam szybko zasypiasz ale sen nie daje ci ukojenia. Zaczynasz śnić swoją wizje. Starcie między tobą a… Lucyferem. Masz w dłoni miecz. Twoje oczy błyszczą w jego płoną ogniki. Słyszysz za sobą donośny krzyk a potem wbijasz miecz w pierś Lucyfera. Budzisz się pełna lęku. To nie są twoje sny nie te które chciałabyś mieć. Sprawdzasz zegarek jest dobrze po jedenastej. Doktor martin pewnie już pojechała do domu. Możesz zacząć. Podjeżdżasz pod gabinet. Cudem wślizgujesz się do środka. Gdy już jesteś w jej gabinecie zaczynasz starannie przeglądać akta. Szukasz jednej, konkretnej teczki. Jest. Lucyfer Morningstar. Nie jest ci łatwo ale musisz ja przeczytać.


 
 
 
C.D.N.

"Pan Morningstar" #3

C.D.

 
W drodze do domu widzisz na ulicy człowieka który patrzy się na ciebie. Wiesz że to nic nadzwyczajnego bo w końcu jesteś ładna zgrabna i w ogóle. Tylko ze on nie patrzy tak normalnie  jak facet na kobitę,  albo jak się patrzy na zwykłego przechodnia. Ma przejmująco - wnikliwy wzrok. Jakby cię znał i chciał sprawdzić co właśnie myślisz. To okropne uczucie sprawia ze zapominasz o wszystkim. Nawet o tym ze stoisz właśnie na światłach i blokujesz ruch. Kiedy reszta czeka aż ruszysz łaskawie swój samochód ty zdezorientowana szukasz tego gościa którego spuściłaś na chwile z oczu. Zniknął. W końcu odpuszczasz. Ale możesz przysiąc że nie był by w stanie odejść daleko. Odwróciłaś się dosłownie na sekundę.
 

 

W nocy znów masz koszmar. Tym razem nie Lucyfer jest bohaterem a nieznajomy z ulicy. Gapił się na ciebie całą noc. A gdyby tego było mało kiedy już otworzyłaś oczy zobaczyłaś że za pięć minut spóźnisz się do pracy. Jesteś świecie przekonana że nastawiłaś budzik. Świetnie rozpoczęty dzień, nie ma co. Bieganie, szukanie, nawet na śniadanie nie będziesz mieć czasu.
- Śniadanie!. - ktoś woła z kuchni. Nie przypominasz sobie żebyś kogoś zapraszała wczoraj do siebie a tym bardziej żeby ktoś mógł wejść rano do twojego domu. Zawsze zamykasz wszystkie drzwi na klucz, z przyzwyczajenia łapiesz z a broń. Idziesz ostrożnie w stronę swoje kuchni a tam Lucyfer smaży właśnie naleśnik. Nie wiesz co bardziej cię szokuje. To że robi to jak zawodowiec czy to że robi to w twojej kuchni?. Tak czy inaczej nie powinno go tu być.

- Ja się dostałeś do mojego domu?

- Przez drzwi. -odpowiada. Kładzie przed tobą talerz. Te dwa naleśniki z brzoskwinia i borówka prezentują się pysznie. - Spróbuj. Nie otruje cię - mówi gdy widzi twoje wahanie. - Mam inne sposoby na powolną śmierć. -  dodaje. Bierzesz pierwszy kęs i czujesz niebo w ustach. Pyszne. Nigdy nie jadłaś lepszego. Kończysz śniadanie i znów przypominasz sobie o pracy.

-Przez ciebie się spóźnię.
- Jess nie spiesz się. Twój szef wyjechał na jakiś zjazd naczelników czy coś w tym stylu, pewnie nieźle tam zabalują, znam takich. A po drugie dzwonił jakiś świadek i chce się spotkać w swoim domu. - wyjaśnia ci spokojnie.

- Kiedy dzwonił? - nie dostałaś żadnej informacji.
- Kiedy spałaś. Zaraz potem zadzwonił ten beznadziejny budzik.

 


 
 

Pomijając fakt ze omal nie zabiłaś Lucyfera za wyłączenie twojego budzika możesz powiedzieć ze sprawnie opuściłaś swoje mieszkanie i jesteś w drodze do domu światka który podobno widziała coś w sprawie Charlotte - córki aktora.
Mieszka w nieciekawej dzielnicy ale nie boisz się bo to tutaj zaczynałaś. Światkiem okazała się staruszka która była wtedy u wróżki, w domu naprzeciw zabito właśnie tą dziewczynę. Niewiele pamięta, ale powiedziała że wróżka przerwała jej sesje bo wyczuła złą energie. Nie do końca wiesz co to znaczy. Potem starsza pani zaczęła karmić swojego kota i już nic więcej nie powiedziała. Wiec wciąż stoisz w miejscu. Dziewczyna można powiedzieć z dobrego domu, miła atrakcyjna, zdolna, zabita w taki sposób. Nie potrafisz wytypować kręgu podejrzanych. Kto mógł to zrobić? Zazdrosna koleżanka -odpada. Porzucony chłopak - nic z tego. Ktoś z kręgu jej ojca? Ale kto? Kto ma na tyle siły żeby rozerwać ludzkie ciało. To coś innego. Wracasz na komendę. Może w papierach znajdziesz jakąś wskazówkę.

-Wiec, Jess dlaczego chodziłaś do doktor  Martin? –Lucyfer wyrywa cię z zamyślenia.

-A aa.. dlaczego o to pytasz?- Nie będę się mu zwierzać.- Doktor Martin jest naprawdę wspaniała. Pomogła mi zrozumieć w czym leży mój problem…

- Tak wiem ale jaki? – draży,

- To nie twoja sprawa. – odpowiadasz chcąc zakończyć ten temat.

- Z twojej teczki wynika tylko ze nie radziłaś sobie z….

- Czytałeś moje akta? – nie no przesadził.

– Doktor Martin nie chciała mi odpowiedzieć na pytanie wiec….

- Nie miałeś prawa. To prywatna sprawa. Za kogo ty się masz?

-Za diabła. – jest bezczelny. Zatrzymujesz się na poboczu i wysiadasz musisz odsapnąć. Jak masz pracować z kimś kto szpieguje cię, chce wiedzieć „czym jesteś”  i ma obsesje na tym punkcie. – Jess dlaczego się złościsz?

- Naruszyłeś moją prywatność i jeszcze pytasz? Co byś zrobił gdybym ja zaczęła szukać głębiej kim jesteś co robisz w tym swoim klubie i dlaczego masz obsesje na moim punkcie. Co gdybym szpiegowała cię, oskarżała zaglądała w  życie prywatne bez twojej wiedzy? Jeśli jesteś diabłem to wracaj do piekła a mnie zostaw w spokoju.
 
 

 
Nie rozumiesz jak mógł to zrobić? Czujesz jakby cię zawiódł najlepszy przyjaciel. Ale wy nimi nie jesteście. Więc dlaczego? Nie rozumiesz. Jedziesz w stronę biura. Na parkingu czeka stoi ten facet. Tan sam który gapił się na ciebie na ulicy a potem znikną. Masz dojść dziwnych sytuacji na dziś wiec idziesz szybko do niego żeby wyjaśnić czego chce.
-Hej! Kim jesteś? – pytasz wysokiego czarnoskórego gościa. – Czego chcesz?

- To ty… - mówi to jakby cię znał. Robisz kilka kroków w tył. – Znalazłem… -milknie widząc twoją reakcję. – Wiem kto zabił tą biedna dziewczynę. – wyjaśnia. Oj to już inna historia. To cię interesuje nawet bardziej od tego kim jest.
- Mów.
- Powiem jeśli zrobisz coś dla mnie? – Cholera co to ma być. Ale jeśli mówi prawdę… nie raz szłaś na układy.

- Najpierw powiedz kto potem mi powiesz co mam zrobić?


 

 
C.D.N.