wtorek, 13 czerwca 2017

"Pan Morningstar" #5

C.D.
 
 



Wracasz do domu. Wciąż nie możesz uwierzyć w to co przeczytałaś. To jakaś pomyłka. Takie rzeczy nie istnieją. Przynajmniej nie dla ciebie. Jesteś agnostyczka ale to nie zmienia faktu ze takie rzeczy nie istnieją…. Siadasz na fotelu wciąż wałkując w głowie jeden fragment który czytałaś sto razy aby upewnić się że niczego nie przekręciłaś. Nagle nie do końca świadoma podbiegasz do drzwi i zamykasz je na oba zamki. Nigdy tego nie robiłaś ale dziś musisz, żeby choć odrobine poczuć się bezpiecznie.

 

Przypominasz sobie wszystko co przydarzyło ci się przez ostatnie tygodnie. Każde zdanie Lucyfera, Amenadiel ’a, to co mówiła ta barmanka te sny… To wszystko wydaje się mieć teraz sens. Siadasz na fotelu, obok ciebie na stoliku leży twoja broń. Ktoś dzwoni ale nie odbierasz. Chcesz się ukryć aby nikt nie mógł cię znaleźć. Jednak wiesz że jeśli to wszystko jest prawdą i tak się nie ukryjesz…
 
 

 



Ktoś puka do drzwi. Przestraszona sięgasz po broń. Dostałaś ją od ojca gdy powiedziałaś ze dostałaś się do akademii. Nie był jak inni ojcowie… nie odradzał ci pójścia w tą stronę, był wręcz szczęśliwy że jego córeczka chce służyć obywatelom jego ukochanej ameryki. Gdyby nie to co stało się z twoim bratem pewnie byłabyś architektem. Ale nie jesteś i dobrze ci z tym. Znów ktoś puka. Serce podchodzi ci do gardła. Jeszcze raz puka i łapie za klamkę. Jesteś odrobine spokojniejsza bo wiesz że drzwi są zaryglowane. Doznajesz szoku kiedy widzisz  jak wolno się otwierają. Przecież je zamykałaś… jak to możliwe??? Spinasz się i celujesz w drzwi. Zza nich wyłania się postać Lucyfera.
 
 
 


 



-Jess co robisz z tym pistoletem? – pyta tym swoim seksownym akcentem. Nie odpowiadasz, boisz się odezwać, w zasadzie nie wiesz co powinnaś powiedzieć. – Jessica, czy wszystko w porządku? – Czy on się martwi? Nie wydaje ci się. Jeśli naprawdę jest…

-Czyściłam ją. – dukasz prawie szeptem. – Jak.. Jak tu wszedłeś? – dodajesz odważnie. –z resztą nie ważne. Mogę ci zadać inne pytanie?

- Oczywiście.

- Masz brata? – dlaczego właśnie to pytanie? Przecież masz tyle innych.

-Mam wielu braci.

-Czy któryś ma na imię Amenadiel ? –Lucyfer posępnieje.

-Skąd znasz to imię? –Tak. Teraz masz pewność. To wszystko jest prawdą… przynajmniej ta przyziemna część tego co czytałaś.

-Po twojej reakcji wnioskuje ze tak. Poznałam go dziś… wskazał mi mordercę

-Dlaczego przyszedł właśnie do ciebie? – jego podejrzliwości pewnie ma związek z jego obsesją na twoim punkcie, co wcale nie poprawia ci nastroju.

- Prowadziłam tą sprawę więc to chyba nie dziwne???
 
 

 

 



-Oczywiście że nie.- rehabilituje się i wraca do swojej dotychczasowej postawy seksownego aroganckiego właściciela klubu.

 

- Właśnie, ale dziwna jest jego prośba.

 

-Jaka prośba?

 

-W zamian za informacje oczekuje że pomogę mu wtrącić cię z powrotem do piekła. – wyznajesz i czekasz na reakcję gościa. Ten chwilę ci się przygląda i znów zmienia swój nastrój.

 

-Ty już wiesz. –„O cholera” myślisz. Przejrzał cię. Tracisz powoli spokój na którym ledwo już panowałaś. Zaciskasz dłoń na broni wycelowanej w podłogę.

 

-Wiem. – przyznajesz.
 



 

 



Czekasz na jakiś jego ruch ale nic na to nie wskazuje. Nie zamierza cię atakować lub w inny sposób skrzywdzić. Gapi się tylko na ciebie jakby oczekiwał dalszego ciągu twojej wypowiedzi.

-Skoro ty wiesz. To może i ja się w końcu dowiem…Czym jesteś?

- Więc to prawda? –pytasz – Jesteś… diabłem. Ale jak?

- Normalnie. Postanowiłem wyjść z piekła i zrobić sobie urlop…

-Nie o to pytam. – wrzeszczysz. – Jak to możliwe że istniejesz. Ty… jesteś jak duch w szafie… straszy się tobą dzieci… ty nie istniejesz. –pleciesz trzy po trzy ale to wszystko, jego aprobata na twoje domysły…

-Jestem całkiem prawdziwy. – odpowiada.

- A twój brat… on…

- Jest aniołem jak ja. Tyle że on wciąż jest potulnym sługusem naszego ojca.

- Ojca? Znaczy Boga?

- Tak. – Okay. Przyjmujesz do wiadomości. Przed tobą stoi Lucyfer, diabeł. Spotkałaś anioła, jego brat. To też już jakoś ogarniasz ale jeszcze jedno nie daje ci spokoju.

- Jeszcze jedno. Kim jest Michael?
 


 

 



 

-Michael. To nasz brat. Skąd pytanie o… Jego też widziałaś? – znów wyczuwasz niepokój płynący od… diabła…

 

- Nie –wyjaśniasz.- Twój brat, Amenadiel, krzykną to imię kiedy chciałam odejść. – Lucyfer zaczyna zbliżać się do ciebie. Ty stoisz jak wryta. Patrzy ci głęboko w oczy.

 

- Zdejmij bluzkę. –rzuca nagle. Że jak? Otrząsasz się z tej chwilowej katatonii. Jesteś zbulwersowana jego prośbą.

 

- Nie!-krzyczysz.

 

-Zrób to. Chce zobaczyć twoje plecy.

 

-Po co ci to? Nie mam blizn jak ty.

 

-Skąd wiesz o moich bliznach.- Ups. Wysypałaś się. Teraz już musisz powiedzieć prawdę.

 

- Czytałam twoją teczkę u doktor Martin.- jest ci niezmiernie głupio ale co miałaś zrobić. –Włamałam się do niej i przeczytałam wszystko co o tobie napisała. – Lucyfer parzy na ciebie z dziwnym uśmieszkiem a ty wiesz o co chodzi. – Tak o waszym romansie też napisała. Z resztą to był najbardziej obrzydliwa część jaką tam znalazłam.

 

-O takich cudach się nie czyta tylko się je robi. – wyznaje dumny z siebie.
 





Lucyfer opuścił twój dom tylko dlatego ze nie chciałaś powiedzieć nic więcej o tym co przeczytałaś w jego teczce. Oczywiście interesowały go tylko pikantne szczegóły z doktor Lindą. Ciebie jednak zaciekawił fragment o policjantce którą Lucyfer jak to ujęła doktor „Darzył uczuciem”. Tylko że on nie chciał o tym mówić. Czyżby diabeł był podatny na ziemskie emocje takie jak miłość?? Nie dowiesz się tego. Za to chętnie dowiesz się co miał na myśli Amenadiel mówiąc do ciebie „Michael”. Nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się za czytanie.
 
 

 

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz