Wracasz do domu. Wciąż nie możesz
uwierzyć w to co przeczytałaś. To jakaś pomyłka. Takie rzeczy nie istnieją.
Przynajmniej nie dla ciebie. Jesteś agnostyczka ale to nie zmienia faktu ze
takie rzeczy nie istnieją…. Siadasz na fotelu wciąż wałkując w głowie jeden
fragment który czytałaś sto razy aby upewnić się że niczego nie przekręciłaś.
Nagle nie do końca świadoma podbiegasz do drzwi i zamykasz je na oba zamki.
Nigdy tego nie robiłaś ale dziś musisz, żeby choć odrobine poczuć się
bezpiecznie.
Przypominasz sobie wszystko co
przydarzyło ci się przez ostatnie tygodnie. Każde zdanie Lucyfera, Amenadiel
’a, to co mówiła ta barmanka te sny… To wszystko wydaje się mieć teraz sens.
Siadasz na fotelu, obok ciebie na stoliku leży twoja broń. Ktoś dzwoni ale nie
odbierasz. Chcesz się ukryć aby nikt nie mógł cię znaleźć. Jednak wiesz że
jeśli to wszystko jest prawdą i tak się nie ukryjesz…
Ktoś puka do drzwi. Przestraszona
sięgasz po broń. Dostałaś ją od ojca gdy powiedziałaś ze dostałaś się do
akademii. Nie był jak inni ojcowie… nie odradzał ci pójścia w tą stronę, był
wręcz szczęśliwy że jego córeczka chce służyć obywatelom jego ukochanej
ameryki. Gdyby nie to co stało się z twoim bratem pewnie byłabyś architektem.
Ale nie jesteś i dobrze ci z tym. Znów ktoś puka. Serce podchodzi ci do gardła.
Jeszcze raz puka i łapie za klamkę. Jesteś odrobine spokojniejsza bo wiesz że
drzwi są zaryglowane. Doznajesz szoku kiedy widzisz jak wolno się
otwierają. Przecież je zamykałaś… jak to możliwe??? Spinasz się i celujesz w
drzwi. Zza nich wyłania się postać Lucyfera.
-Jess co robisz z tym pistoletem? – pyta tym swoim seksownym
akcentem. Nie odpowiadasz, boisz się odezwać, w zasadzie nie wiesz co powinnaś
powiedzieć. – Jessica, czy wszystko w porządku? – Czy on się martwi? Nie
wydaje ci się. Jeśli naprawdę jest…
-Czyściłam ją. – dukasz prawie szeptem. – Jak.. Jak tu wszedłeś? – dodajesz
odważnie. –z resztą nie ważne. Mogę ci zadać inne pytanie?
- Oczywiście.
- Masz brata? – dlaczego właśnie to pytanie? Przecież masz tyle innych.
-Mam wielu braci.
-Czy któryś ma na imię Amenadiel ? –Lucyfer posępnieje.
-Skąd znasz to imię? –Tak. Teraz masz pewność. To wszystko jest prawdą…
przynajmniej ta przyziemna część tego co czytałaś.
-Po twojej reakcji wnioskuje ze tak. Poznałam go dziś… wskazał mi mordercę
-Dlaczego przyszedł właśnie do ciebie? – jego podejrzliwości pewnie ma
związek z jego obsesją na twoim punkcie, co wcale nie poprawia ci nastroju.
- Prowadziłam tą sprawę więc to chyba nie dziwne???
-Oczywiście że nie.- rehabilituje się i wraca do swojej dotychczasowej postawy
seksownego aroganckiego właściciela klubu.
- Właśnie, ale dziwna jest jego prośba.
-Jaka prośba?
-W zamian za informacje oczekuje że pomogę mu wtrącić cię z powrotem do
piekła. – wyznajesz i czekasz na reakcję gościa. Ten chwilę ci się przygląda i
znów zmienia swój nastrój.
-Ty już wiesz. –„O cholera” myślisz. Przejrzał cię. Tracisz powoli spokój
na którym ledwo już panowałaś. Zaciskasz dłoń na broni wycelowanej w podłogę.
-Wiem. – przyznajesz.
Czekasz na jakiś jego ruch ale nic na to nie wskazuje. Nie zamierza cię
atakować lub w inny sposób skrzywdzić. Gapi się tylko na ciebie jakby oczekiwał
dalszego ciągu twojej wypowiedzi.
-Skoro ty wiesz. To może i ja się w końcu dowiem…Czym jesteś?
- Więc to prawda? –pytasz – Jesteś… diabłem. Ale jak?
- Normalnie. Postanowiłem wyjść z piekła i zrobić sobie urlop…
-Nie o to pytam. – wrzeszczysz. – Jak to możliwe że istniejesz. Ty… jesteś
jak duch w szafie… straszy się tobą dzieci… ty nie istniejesz. –pleciesz trzy
po trzy ale to wszystko, jego aprobata na twoje domysły…
-Jestem całkiem prawdziwy. – odpowiada.
- A twój brat… on…
- Jest aniołem jak ja. Tyle że on wciąż jest potulnym sługusem naszego
ojca.
- Ojca? Znaczy Boga?
- Tak. – Okay. Przyjmujesz do wiadomości. Przed tobą stoi Lucyfer, diabeł.
Spotkałaś anioła, jego brat. To też już jakoś ogarniasz ale jeszcze jedno nie
daje ci spokoju.
- Jeszcze jedno. Kim jest Michael?
-Michael. To nasz brat. Skąd pytanie o… Jego też widziałaś? – znów
wyczuwasz niepokój płynący od… diabła…
- Nie –wyjaśniasz.- Twój brat, Amenadiel, krzykną to imię kiedy chciałam
odejść. – Lucyfer zaczyna zbliżać się do ciebie. Ty stoisz jak wryta. Patrzy ci
głęboko w oczy.
- Zdejmij bluzkę. –rzuca nagle. Że jak? Otrząsasz się z tej chwilowej
katatonii. Jesteś zbulwersowana jego prośbą.
- Nie!-krzyczysz.
-Zrób to. Chce zobaczyć twoje plecy.
-Po co ci to? Nie mam blizn jak ty.
-Skąd wiesz o moich bliznach.- Ups. Wysypałaś się. Teraz już musisz
powiedzieć prawdę.
- Czytałam twoją teczkę u doktor Martin.- jest ci niezmiernie głupio ale co
miałaś zrobić. –Włamałam się do niej i przeczytałam wszystko co o tobie
napisała. – Lucyfer parzy na ciebie z dziwnym uśmieszkiem a ty wiesz o co
chodzi. – Tak o waszym romansie też napisała. Z resztą to był najbardziej
obrzydliwa część jaką tam znalazłam.
-O takich cudach się nie czyta tylko się je robi. – wyznaje dumny z siebie.

Lucyfer opuścił twój dom tylko dlatego ze nie chciałaś powiedzieć nic
więcej o tym co przeczytałaś w jego teczce. Oczywiście interesowały go tylko
pikantne szczegóły z doktor Lindą. Ciebie jednak zaciekawił fragment o
policjantce którą Lucyfer jak to ujęła doktor „Darzył uczuciem”. Tylko
że on nie chciał o tym mówić. Czyżby diabeł był podatny na ziemskie emocje
takie jak miłość?? Nie dowiesz się tego. Za to chętnie dowiesz się co miał na
myśli Amenadiel mówiąc do ciebie „Michael”. Nie pozostaje mi nic innego jak
zabrać się za czytanie.
C.D.N.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz